Między różdżką a kociołkiem

poniedziałek, 16 czerwca 2014, 20:02

Drzwi do kabiny toaletowej zwisały smętnie. Porcelanowa muszla klozetowa rozsypała się w drobny pył, a ponad tysiącletnią posadzkę zalała woda. W przeźroczystej kałuży siedziała Dorcas Medows. Twarz miała osmoloną, a w jej szeroko otwartych oczach malował się ciężki szok. U jej stóp leżał nie nadający się już do użytku cynowy kociołek. Wyciekała z niego ciemnozielona, gęsta maź.
Łazienka powoli wypełniała się ludźmi. Uczniowie, profesorowie i … oczywiście pan Filch. Ten ostatni był rzecz jasna najgłośniejszy. Wymachiwał rękoma, a jego czarujący głos przebijał się wśród zdezorientowanych szeptów:
- Szlaban! Szlaban! Więzy za zbezczeszczenie toalety!
- Panie Filch! – uciszyła go nareszcie profesor McGonagall. – Niech pan nie będzie śmieszny! Proszę iść natychmiast po panią Pomfrey.
Amelii i Aurorze udało się przecisnąć bliżej Dorcas, podążając za Horacym Slughornem, który torował sobie drogę pokaźnym brzuchem.
- Dziecko kochane! Co się stało? – profesor zabrał się za oględziny kociołka. – Próbowałaś sama przygotować eliksir rozweselający? Co prawda sugerowałem, że na egzaminie może być z panią nieciekawie jeśli pani nie poćwiczy, ale żeby od razu takie wyzwanie?... Może trzeba było poprosić kogoś o pomoc? Pannę Evans na przykład…
- Co takiego...? – Dorcas w końcu przeniosła na niego wzrok.
- Poprosić kogoś o pomoc – powtórzył Slughorn mocno przeciągając każde słowo, jakby zaraz miał zacząć sylabizować. – Na przykład pannę Evans.
Uśmiechał się dobrotliwie, ale Dorcas nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa więcej. W tej samej chwili przez wciąż powiększający się tłum przedarła się ku niej szkolna pielęgniarka. Przeprowadziła wstępne oględziny, po których poinformowała zatroskaną profesor McGonagall, że nie widzi żadnych uszkodzeń fizycznych, ale uczennica najwyraźniej jest w szoku.
- Zalecałabym pobyt w skrzydle szpitalnym – dodała. – Dzień, dwa… Najwyżej tydzień…
- Oczywiście – skwitowała opiekunka Gryffindoru. – Zawiadomić jej rodziców, czy stan nie jest na tyle poważny?
- Nie sądzę, żeby to było konieczne – oświadczyła Poppy Pompfrey, wciąż zajęta badaniem nowej pacjentki. – Im w Hogwarcie mniej gości z zewnątrz, tym lepiej.
Spróbowała postawić Dorcas na nogi, ale ta natychmiast wróciła do pozycji klęczącej. Zanim Aurora i Amelia zdążyły wymienić zaniepokojone spojrzenia, pielęgniarka transmutowała jedną z połamanych desek w nosze, na których za pomocą zaklęcia lewitującego została umieszczona Dorcas i chwilę później tuż obok zmaterializowały się cztery skrzaty domowe. Jeden z nich podejrzanie długo przyglądał się Aurorze. Przynajmniej tak jej się wydawało.
- Rozejść się! Rozejść! – zarządziła pani Pomfrey. Wśród uczniów utworzyło się przejście na tyle szerokie, aby móc wynieść nosze.
- Panno Sinistra – dotarł do Aurory głos profesor McGonagall. – Proszę zanieść do skrzydła szpitalnego rzeczy panny Meadows. Natychmiast!
Aurorze nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Nie jasne było tylko to, czy powoduje nią nieustanna potrzeba pomagania innym, czy fakt, że nie czuła się jeszcze na tyle pewnie, aby natychmiast nie wykonać polecenia nauczyciela. A cała sytuacja była dla niej irracjonalna i chyba nie do końca docierało do niej, co się właściwie stało. W tej chwili chciała stąd tylko zniknąć.
Wpadła do dormitorium jak burza i w pośpiechu zaczęła zbierać rzeczy, które mogły się przydać Dorcas w skrzydle szpitalnym.  Różowa koszulka nocna w kolorowe elfy, puszysty szlafrok z podobizną pufka na piersi, kapcie króliczki, książka Fifi LaFolle, podręcznik do transmutacji – kolejno lądowały w kartonowym pudełku wyciągniętym spod łóżka. Zawahała się przy podręczniku do eliksirów.
- Nie pomyliłaś czasem szafek? – usłyszała głos Mortycji. – Twoja jest tam.
Przyjaciółka siedziała po turecku na swoim łóżku nad rozłożoną starą księgą, a wokół niej rozsypanych było mnóstwo pergaminowych kartek. Zaabsorbowana nową misją Aurora wcześniej nawet jej nie zauważyła.
- Wyprowadzasz się? – dodała zaczepnie Mortycja. – Przez moje chrapanie nie możesz w nocy spać?
- Dorcas…
- A więc to ona się wyprowadza? Wraca do Australii? Myślałam, że już dłużej nie zniosę widoku tej jej koszulki…
- Nie.  – Aurorze w końcu udało się zebrać myśli. – Dorcas jest w skrzydle szpitalnym.
Pospiesznie złożyła koszulę nocną, która i z powrotem upchnęła ją w pudle.
- Ooo… Coś ciekawego mnie ominęło? – zainteresowała się Mortycja.
- Gdybyś wzięła się z nami za naukę, zamiast za te gryzmoły, byłabyś w centrum wydarzeń. Będę na czwartym piętrze – dodała. I dźwigając pudło wyszła z dormitorium.
Mortycja dogoniła ją w połowie schodów:
- O nie, nie, moja kochana. Musisz mi wszystko opowiedzieć.
Aurora nie zwolniła kroku.
- A gdybyś chciała wiedzieć, to to nie są żadne gryzmoły, tylko drzewo genealogiczne Lestrange’ów. Kojarzysz takich?
- Nie – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- To powiem ci jeszcze, że ostatnio w swoim dziale historii magii natknęłam się na tę Ritę Skeeter. Ją na pewno kojarzysz.
Aurora potknęła się na ostatnim schodzie omal nie wpadając w stopień pułapkę.
- I owszem – odpowiedziała, powstrzymując się od rzucenia przekleństwem, którego ostatnio nauczyła się od Jamesa. – A co ona ma z tym wspólnego?
- Mój honor badacza rodów czarodziejskich mocno by ucierpiał, gdyby to ona pierwsza coś wyniuchała – wyjaśniła Mortycja.
Aurora rzuciła jej spojrzenie pełne dezaprobaty.
- Czego ty chcesz?
- Po wstępnych oględzinach domyśliłam się, że grzebie w Lestrange’ach.
Aurora przystanęła. Teraz jej mina wyrażała już zupełny brak zainteresowania. I tak w rzeczywistości było, ściślej mówiąc było jej zupełnie obojętne, w czyjej genealogii grzebie Rita Skeeter, jeśli tylko trzymała się z dala od jej rodziny. Zastanawiała się tylko, którą drogą najszybciej dotrzeć do skrzydła szpitalnego.
- Nie interesuje cię to – podsumowała z lekkim wyrzutem Mortycja.
- Ależ skąd. Kontynuuj – odparła, decydując się iść głównymi schodami. Droga może nieco dłuższa, ale nie niosąca zagrożenia zgubienia się w zakamarkach Hogwartu.
- Daj spokój. Powiedz lepiej, co ta Dorcas znowu nawywijała.
- Przygotowywała się do egzaminów z eliksirów. W toalecie – wyjaśniła dość kulawo Aurora. – Coś poszło nie tak… Pół łazienki zdemolowane… Dorcas właściwie nic się nie stało, jest tylko w szoku… Przynajmniej połowa ludzi ze szkoły się zbiegła…
- Wezwą jej rodziców?
- Chyba nie… Pani Pomfrey powiedziała coś dziwnego, że nie potrzeba tutaj więcej gości…
Dotarły na czwarte piętro i skręciły w lewo.
- Może wciąż pamięta co nawywijali rodzice Lockharta… To już chyba weszło w poczet legend Hogwartu… Albo drażnią ją goście twojej cioteczki…
- Być może… - skwitowała Aurora. Właśnie sobie przypomniała, że miała się spotkać z Gilderoyem. Właściwie nie powinna się tym przejmować, kto jak kto, ale on na pewno ją znajdzie. W najmniej odpowiednim momencie.
- Nasz szanowny dyrektor też miał ostatnio gościa – niestrudzenie snuła swoje domysły Mortycja. – Pewną hiszpańską piękność. Wpadła, po chwili wypadła… Nazywa się Landra Navarro. Minerwa chodziła wściekła przez cały weekend… A właśnie Dumbledore też był?
- Gdzie?
- W toalecie.
- Nie, chyba nie… Twoja siostra, Filch, Slughorn… ale jego nie wiedziałam.
- Czyli znowu go nie ma.
- Dlaczego tak myślisz?
- Kto jak kto, ale dyrektor powinien być na miejscu, jeśli coś złego dzieje się z jego uczniami. Zwłaszcza taki Dumbledore, który, o dziwo, naprawdę się nimi interesuje.
- Może nie słyszał. – Zatrzymały się pod drzwiami skrzydła szpitalnego.
- Akurat, co jak co, ale słuch ma nad wyraz dobry…
Wizyta u Dorcas nie trwała długo. Właściwie Aurora tylko rozpakowała jej rzeczy i pomogła pani Pomfrey przebrać ją w piżamę, podczas gdy Mortycja lustrowała całe otoczenie. Potem obiecała, że w krótce zajrzy tutaj zobaczyć jak czuje się koleżanka i opuściły pomieszczenie.
- Remusa też nie ma – oświadczyła Mortycja, gdy tylko znalazły się za drzwiami.
- A ty o czym teraz?
- Remus Lupin powinien być w skrzydle szpitalnym. Tak mówią w szkole. Ale go nie ma. Sprawdziłam dokładnie.
- Może Dumbledore, albo ciocia odwieźli go do domu. Słyszałam, że jego babcia choruje…
- Ale ty jesteś naiwna. Moim zdaniem jego babcia już dawno nie żyje, twoja cioteczka pojechała po kolejnego potworka, a Dumbledore ma inne zajęcia. Chciałabym wiedzieć jakie…
Aurora nic na to nie odpowiedziała. Mortycja była wyraźnie w złym humorze i nie należało jej dodatkowo drażnić. Jedyne z czym była skłonna się zgodzić, to to, że Flavia Lanpori niebawem sprowadzi im do Hogwartu kolejną magiczną istotę, prawdopodobnie nereidę. I nie pomyliła się, bo już wieczorem na tablicy informacyjnej w pokoju wspólnym, prefekt przypiął ogłoszenie z terminami dodatkowych, obowiązkowych zajęć z obrony przed czarną magią. Pierwszoroczni mieli je odbyć w najbliższy piątek po południu.



Jeśli Aurora liczyłaby w tym tygodniu na choć jedno spokojne popołudnie, to bardzo by się rozczarowała. Sprawy zaczęły jeszcze bardziej się komplikować już następnego ranka, gdy nadeszła codzienna poczta. Tuż przed nią wylądowała malutka sówka, której nigdy wcześniej nie widziała, mogła tylko przypuszczać, że to szkolna sowa, bardzo z resztą oficjalna. Czym prędzej odwiązała liścik.
Była to malutka, zwinięta w rulonik karteczka pergaminu, prawdopodobnie wyrwana ze szkolnego zeszytu.


Bardzo dziękuję, że przyniosłaś mi tutaj moje rzeczy.
Przyjdź do mnie proszę po zajęciach. Chciałabym porozmawiać. Pani Pomfrey wie o wszystkim, sama obiecała postarać się, żeby przesyłka do ciebie dotarła.
Dorcas
P.S. Postaraj się, żeby Mortycja o niczym nie wiedziała.



- Co to takiego? - Zapytała Mortycja, która właśnie nałożyła sobie pokaźną porcję jajecznicy i podsunęła talerz pod nos przyjaciółki.
- Eee… - Aurora nie wiedziała jak z tego wybrnąć. Żadne kłamstwo nie przychodziło jej do głowy. Po prostu nie potrafiła kłamać.
W tym momencie nadszedł Peter. Poślizgnął się na suchej podłodze. Trzymanym w ręce „Prorokiem Codziennym” wytrącił talerz z dłoni Mortycji. Biało-żółta papka rozprysnęła się na stół, papier i… tradycyjnie schludną szatę Mortycji. Chyba tylko jakiś cud lub przerażone spojrzenie Petera sprawiły, że przyjaciółka natychmiast nie wybuchła gniewem.
- Chciałem tylko powiedzieć, że Remus wrócił – wyjaśnił Peter, powstrzymując się od płaczu.
Mortycja strzepnęła jajko z szaty:
- Posprzątaj – mruknęła w kierunku kolegi i sięgnęła po leżącą na stole kartkę.
Szczęśliwym trafem fioletowy atrament całkowicie się rozpłynął, a dzwon na wieży oznajmił zbliżające się zajęcia.
Na historii magii Aurora trzymała się jak najbliżej Amelii, starając się opowiedzieć jej wszystko o Dorcas i równocześnie robić notatki. Wiedziała, że Mortycja spuści ją z oka tylko wtedy, gdy po zajęciach pójdzie z Puchonką do biblioteki, najlepiej jeśli będą im też towarzyszyć Gudgeonowie. Przyjaciółka na szczęście była tak zajęta oczyszczaniem swojej szaty, że nie zwracała uwagi na toczącą się półgębkiem dyskusję.
I wszystko mogłoby się udać bez najmniejszych problemów, gdyby nie to, że gdy po posiłku Aurora z Amelią i Mortycją, która miała zamiar odprowadzić je do biblioteki i zniknąć, gdy tylko pojawią się Davy z Gavinem, przechodząc przez salę wejściową natrafiły na Gilderoya. Stał na trzecim stopniu marmurowych schodów bacznie się rozglądając.
- Cześć Aurora – podszedł do nich, gdy tylko je wypatrzył.
- Cześć! – wiedziała doskonale, że ją znajdzie. Tylko dlaczego w najmniej odpowiednim momencie.
- A ze mną to się już nie przywitasz? – żachnęła się Mortycja.
- Cześć Mortycja – mruknął od niechcenia. – Aurora, przyniosłem ci recenzję.
Dumny z siebie jak paw wyciągnął w jej kierunku złożoną w kostkę kartkę wyrwaną z „Proroka Codziennego”. Rozkładając ją Aurora wyszła po schodach, żeby nie wstrzymywać wzmagającego się ruchu. Gilderoy podreptał z nią, widocznie kartę zdążył upaćkać już wcześniej. Ciekawe ile razy to już czytał. Przez chwilę wpatrywała się w ruchomą fotografię, ale nie dostrzegła na niej Danieli. Dopiero później, opierając się o ścianę, zabrała się do czytania:


„Sen zbiegów okoliczności”
Gilderoy Lockhart już od kilkunastu lat swoimi inscenizacjami dzieł Szekspira podbija serca magicznej publiczności niemal we wszystkich europejskich teatrach. Czasami aż robi się żal mugoli, że nie mogą delektować się tymi scenicznymi perełkami. Teraz, po wielu latach niebytności w kraju, wrócił do ojczyzny i w Teatrze im. Magicznej Jedności zafundował brytyjskim czarodziejom prawdziwą ucztę teatralną. „Sen nocy letniej” w jego reżyserii okazał się kasowym sukcesem. Premiera miała miejsce dzień przed Wielkanocą, a na spektakl, pomimo coraz większych niepokojów związanych z zaginięciami kolejnych znamienitych członków naszej społeczności (lista zaginionych str. 15) ściągnęły tłumy, również z zagranicy.


Sukces jaki odniósł spektakl nie dziwi, zwłaszcza, że również za całą oprawę muzyczną i scenograficzną odpowiada Gilderoy Lockhart (w prywatnej rozmowie po spektaklu przyznał, że nie mógł dopuścić, by sztuka, nie była taka, jaką sobie wymarzył i dlatego sam zaadaptował komedię Szekspira). Tym samym wydobył ze „Snu nocy letniej” jego esencję. Ale przecież dobrze przygotowany egzemplarz to tylko połowa sukcesu. Druga to reżyseria i dobór obsady. Tutaj też nie mamy na co narzekać. Jak wiadomo, reżyserował najbardziej utalentowany czarodziej – Gilderoy Lockhart, który tym razem, co dziwi i cieszy zarazem, wystąpił również na scenie, wcielając się w rolę Oberona (zastępując w ostatniej chwili nieobecnego George’a Wagtaila). Złośliwym zbiegiem okoliczności, podczas swojego scenicznego debiutu na deskach teatralnych stanął oko w oko ze swoją pierwszą żoną Violą (Lockhart). Śpiewaczka Magicznej Opery im. Wieszczy Wszechczasów została obsadzona w roli Tytanii. Pierwotnie miała ją zagrać Lydia Warrington, która nie podając powodów odmówiła przyjęcia roli. Teraz ma czego żałować. Duet wypadł doskonale, między Tytanią, a Oberinem rzeczywiście czuło się napięcie.
Reszta obsady również nie zawiodła. Derwent Shimpling był cudowny w roli Egeusza, jak zwykle bawił publiczność do łez, zwłaszcza w scenie, w której żąda by Hermia podporządkowała się jego woli, a równocześnie ukradkiem śmieje się pod nosem z tego, pod jak wielkim wpływem Hipolity znajduje się wielki władca Tezeusz.
W postać Hermii wciela się młodziutka Natalia McCory i mimo swojego niewielkiego doświadczenia scenicznego, poradziła sobie wybitnie z tak dużą rolą. Daniela McKinnon (druga była żona Lockharta) jako buntownicza Hipolita wypada całkiem dobrze, choć czasami może wydawać się nieco przerysowana. Jednak jej postać zdecydowanie doskonale kontrastuje z rozmemłanym Tezeuszem (Crispin Vance), co w prosty sposób pozwala uniknąć nudy na scenie, gdy tylko pojawia się ta para.
Wybitnie sprawdził się w swojej roli Andreas Ferris, który jako Puk najbardziej bawił młodszą publiczność. Nieco blado przy powyższych wypadli aktorzy wcielający się w Demetriusza (Stubby Boardman), Heleny (śliczna Stella Braithwaite – szkoda, że za grosz u niej talentu i chwała Merlinowi, że została dobrze poprowadzona przez reżysera) oraz Lizandra (Ian Higgs). Poprzeczkę mieli jednak postawioną bardzo wysoko i  w większości przypadków doświadczenie wygrało z młodością.
Na zakończenie pozostaje mi tylko napisać, że gorąco polecam „Sen nocy letniej” wszystkim miłośnikom magicznego teatru (i nie tylko miłośnikom). Warto. Lockhart i jego aktorzy stworzyli naprawdę wyśmienity spektakl, z którym trzeba się zapoznać i który na pewno was rozbawi. A chwili wytchnienia od trosk i zmartwień każdemu się przyda.



Aurora jeszcze raz przebiegła wzrokiem tekst:
- Ale przecież tutaj aż roi się od kłamstw i nieścisłości – powiedziała w końcu.
- Na przykład? – Gilderoy wyszczerzył zęby.
- Wszystko o Natalii.
- I co z tego? Przecież najważniejsze, że recenzja jest dobra. Wszystkim twórcom wyjdzie to na dobre i to duży plus dla teatru. A Barbra tatę lubi!
- Jak już się o czymś pisze, to należy pisać prawdę, niezależnie od sympatii – odpowiedziała Aurora, wcisnęła Gilderoyowi w ręce skrawek papieru i odwróciła się na pięcie.
Nie obchodziło ją komu ta recenzja pomoże, a komu zaszkodzi. Uważała, że taki tekst powinien być rzetelny, obiektywny i profesjonalny. A już najmniej interesowało ją tą, że Barbra Pettigrew „lubi” pana Lockharta.
Do skrzydła szpitalnego Aurora dotarła dopiero po wieczornych zajęciach, rezygnując z napisania listu do Danieli o swoich obiekcjach dotyczących przeczytanej recenzji. Salę rozjaśniały ostatnie promienie słońca, wpadające przez wysokie okna. Pani Pomfrey wpuściła ją i wróciła do ustawiania na nocnych stoliczkach świec. Czynności oznaczającej nieuchronne rychłe nadejście zmierzchu. Poza siedzącą w łóżku Dorcas w pomieszczeniu było tylko kilku starszych uczniów. Gdy Aurora stanęła przy łóżku koleżanki, Dorcas oderwała wzrok od czytanej książki. Uśmiechnęła się szeroko.
- Pomożesz mi przy eliksirach? – zapytała zamiast powitania, a iskierki radości nie znikały z jej oczu.
Zdumiona Aurora przez chwilę nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- Ja? – wydukała. – Może Lily? Lepiej sobie radzi. Jest z nas najlepsza.
Bezsensownie starała się zareklamować koleżankę.
- Nie – twardo stwierdziła Dorcas. – Ty też masz dobre wyniki. Proszę.
- Nie mówię nie, ale… Myślałam, że lubisz Lily.
- Wszyscy ją lubią. Tylko chłopcy mówią, że… że ona trzyma ze Ślizgonami – dodała konspiracyjnym szeptem.
- I co z tego? Przejmujesz się tym, co mówi mój kuzyn? Daj spokój… - zdziwiła się Aurora. – Lubi tego Severusa, który czasami beznadziejnie się popisuje, ale… Kto jak kto, ale ty akurat nie powinnaś mieć żadnych uprzedzeń.
Zapadła chwila ciszy. Dorcas usilnie starała się przełamać, jakby nie była pewna czy powinna powiedzieć koleżance to, co miała na końcu języka, tylko to był już ostatni argument, którym mogła ją próbować przekonać. Skonsternowana Aurora zaczęła poprawiać bukiecik na nocnej szafce.
- Od kogo dostałaś te kwiatki? – zapytała, żeby przerwać ciszę.
- Od rodziców – odpowiedziała szybko. – Wiedzą co się stało. Zajęci są… Zwłaszcza tata, ciągle musi przesyłać do Australii raporty o poczynaniach tego czarnoksiężnika, o zaginięciach, wysyłać analizy… Nasze ministerstwo jest tym bardzo zainteresowane. Nie tylko nasze, podobno ciągle do Wielkiej Brytanii przyjeżdżają delegacje z innych krajów, żeby rozpatrzyć się w sytuacji. No i moi rodzice nie są tak przewrażliwieni na moim punkcie, jak rodzice Gilderoya na jego. – Uśmiechnęła się szeroko na wspomnienie jesiennego zajścia. – Wiedzą, że zanim porządnie nauczę się czarować, musi zdarzyć się kilka wypadków.
- Bardzo prawdopodobne – podsumowała Aurora, w końcu odwzajemniając uśmiech.
Usiadła na brzegu sąsiedniego łóżka i utkwiła wzrok w koleżance:
- Dorcas, o co chodzi?
- To od Lily pożyczyłam te wybuchające składniki – wyrzuciła z siebie szeptem. – Ćwiczę sama od pewnego czasu, po raz pierwszy jestem przekonana, że zrobiłam wszystko dobrze, a i tak wybuchło.
Aurora przygryzła wargę, zupełnie nie wiedziała co o tym myśleć.
- Zrozum, nie mówię nie – powtórzyła. – Nie jestem jednak tak dobra jak Lily, ale też nie rzucam słów na wiatr. Jeśli powiem, że pomogę…
- Wiem – przerwała jej Dorcas. – Wiem, że mi pomożesz. I to zupełnie bezinteresownie.
- A więc ustalę ze Slughornem godziny, w których będziemy się uczyć – odpowiedziała Aurora, stwierdzając, że dalszy opór i tak nic nie pomoże, bo Dorcas już wcześniej zdecydowała za nią. – Klasa eliksirów jest lepsza od toalety. I mamy tam wszystko co nam potrzeba. Dam ci znać, gdy tylko to załatwię.
Dorcas uśmiechnęła się z entuzjazmem kiwając głową:
- Dziękuję – szepnęła. – Jutro podobno stąd wychodzę.
- A więc do jutra. – Aurora wstała, odwzajemniając jej uśmiech. Po wyjściu ze skrzydła szpitalnego swoje kroki skierowała prosto do gabinetu Slughorna. Wolała wdać się w rozmowę z profesorem, niż przyznać się Mortycji, że zgodziła się pomóc innej koleżance. Dodatkową, że tą koleżanką jest nie kto inny, tylko Dorcas Meadowes. To może poczekać.


Z nieukrywaną ulgą opuszczali parną cieplarnię. Temperatura w pomieszczeniu, w pierwsze prawdziwie gorące dni tego lata była wprost nie do wytrzymania. Jakby tego było mało Pomona Sprout przez całe dwie godziny zmuszała ich do nawożenia wszelkich roślin smoczym łajnem, którego dostawę właśnie jej dowieziono.
- Slughorn zgodził się na dzisiejszy wieczór – wyrzuciła z siebie Aurora, gdy tylko dogoniła Dorcas przy drzwiach.
Mortycja została w tyle.
- Będziemy w bibliotece, gdybyście skończyły wcześniej – rzuciła Amelia, ciągnąc za sobą Gudgeonów i zniknęła za rogiem cieplarni.
Dorcas i Aurora szły chwilę w milczeniu, zupełnie nie wiedząc, jak kontynuować rozmowę. Do tej pory nie miały zbyt wiele wspólnych tematów.
- Musimy chwilę porozmawiać – dogoniła je Lily Evans. Chwyciła Dorcas za rękaw.
- Jestem zajęta. Rozmawiam z Aurorą – żachnęła się hardo Dorcas, choć nie zdążyły zamienić ze sobą ani jednego słowa więcej.
Lily wyglądała na zaskoczoną, podobnie jak wymijający je właśnie James i Syriusz oraz Mortycja wychodząca z cieplarni.
- Nie wygłupiaj się – zareagowała. – Przecież chcę ci pomóc.
- Wydaje mi się, że proponujesz mi to o jeden pobyt w skrzydle szpitalnym za późno. – Dorcas uśmiechnęła się krzywo, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy.
- Daj spokój, za bardzo przejmujesz się tym co mówi profesor Slughorn. Powinnaś się przyzwyczaić, w końcu nigdy nie szło ci rewelacyjnie… - zamilkła. – Zmienimy to. – Lily nieco odzyskała pewność siebie. – Nadrobimy zaległości i w końcu zacznie cię doceniać…
- Mówiłam ci już – głos Dorcas drżał niebezpiecznie. – Na takie deklaracje z twojej strony jest już za późno. Dlaczego nie zaproponowałaś mi tego wcześniej?! Miałaś lepsze… rozrywki z tym Severusem.
Lily zamrugała oczami.
- Nigdy mnie o to nie prosiłaś..
- Teraz też cię o nic nie proszę – głos Dorcas brzmiał dziwnie twardo i spokojnie.
- Jak sobie chcesz – Lily spróbowała się uśmiechnąć. – Zaproponowałam… Jeśli nie chcesz, twoja sprawa… Zawsze mogłaś poprosić, wtedy…
- Nigdy w życiu o nic cię nie poproszę. Pomaga mi Aurora.
Dwie pary zielonych oczu rozszerzyły się ze zdumienia. Jedne należały do Lily, drugie do… Mortycji.
- Musimy poważnie porozmawiać – zareagowała natychmiast przyjaciółka, ciągnąc Aurorę za rękaw.
Zanim dotarły do dormitorium, Aurora zdążyła porządnie nawrzucać sobie za to, że jednak nie poinformowała Mortycji o wczorajszym zajściu. Przecież przed nią i tak nic się nie ukryje.
- O czym chcesz ze mną porozmawiać? – zapytała spokojnie, przytulając policzek do kamiennej ściany.
- Naprawdę zgodziłaś się jej pomóc? – wyrzuciła z siebie Mortycja, zrzucając Biję ze swojego łóżka.
Kot rzucił jej obrażone spojrzenie, przeciągnął się spokojnie i poczłapał do swojej właścicielki, aby poddać się pieszczotom.
- Tak. Ktoś musi.
Mortycja bez słowa usiadła na swoim łóżku i jak zwykle rozwinęła przed sobą pergaminy z drzewami rodowymi czarodziejów. Bezmyślnie przewracała strony jakiegoś tomiszcza. Wciąż w kręgu jej zainteresowań byli Lestrange’owie.
Na szafce nocnej Aurory piętrzyły się stosy książek, których poszczególne strony zaznaczyła wcześniej jaskrawymi smugami. Pod kpiącym spojrzeniem Mortycji od tygodnia rzetelnie powtarzała materiał, zaznaczała ważniejsze formułki i ćwiczyła zaklęcia, z którymi miała wyraźne problemy. Teraz z Biją w objęciach stała oparta o ścianę, wpatrując się w zaciętą minę przyjaciółki.
- Mortycja, o co ci chodzi? – szepnęła delikatnie.
Mortycja wzruszyła ramionami.
- Sama mówiłaś, że powinnyśmy się uczyć – warknęła w końcu.
- Bo to prawda. Przecież się uczymy…
- Teraz bawisz się w pomaganie biednym dziewuszkom. Egzaminy już blisko, a ty trwonisz czas na…
- Mortycja!
Aurora po raz pierwszy odkąd się znały podniosła na nią głos. Mortycja zdumiona uniosła brwi, potem zaczęła szybko przewracać strony książki, kurczowo ściskając w dłoni pióro. Aurora czekała w napięciu na kolejny wybuch przyjaciółki.
- Za chwilę będziesz za wszystkich odrabiała lekcje!
- Póki co, odrabiam lekcje tylko za ciebie.
- Ja ci przeszkadzam w nauce, zabieram cenny czas, a ona… ona nie!
- Mortycja, dobrze, wiesz, że to nie prawda…
- Jakby Evans nie mogła jej pomóc. W końcu to jej przyjaciółka. Po co się w to wtrącasz? Daj sobie z nią spokój… - Zniknęła za kolejną rolką pergaminu.
- Jesteś o mnie zazdrosna? – W głosie Aurory rozbawienie mieszało się z niedowierzaniem.
- Wcale nie… - dobiegło z pożółkłego arkuszu.
Aurora nie odpowiedziała, stała chwilę, bezmyślnie głaszcząc kota, nie wiedząc co robić dalej. Z westchnieniem położyła na łóżku Biję i poszła do łazienki, postanawiając doprowadzić się do porządku przed umówionym spotkaniem.
Gdy misternie rzeźbione wskazówki stojącego na kominku zegara wskazały za dziesięć piąta już gotowa ruszyła w stronę drzwi.
- Jednak idziesz – dotarł do nie głos Mortycji. – Mogłabyś lepiej pomóc mi. Mam tutaj mnóstwo pracy. Nie zgadzają mi się pewne fakty. Przytrzymaj ten cholerny pergamin. Współczesne rody czarodziejów czystej krwi. Nie wiem co ci Lestrange’owie wyprawiają!
Aurora po raz kolejny stała oniemiała z ręką na klamce, zupełnie nie wiedząc co się dzieje, a tym bardziej o co chodzi przyjaciółce.
- Owszem, znalazłam informację, że Lambert Lestrange, kojarzysz gościa z artykułów w „Proroku Codziennym”, poza tym jego głównym zajęciem jest polowanie na garborogi… - z ust Mortycji wypływała lawina słów. – Mniejsza o to, Lambert Lestrange, długo był jedynakiem, potem gdy zaczął chorować, jego rodzice zmajstrowali sobie kolejne dzieci, pewnie, żeby na wszelki wypadek mieć dziedzica nazwiska, ale urodziły się same córki. Trzy. Kathleen, Sally i Gertrude... Sally jest bezdzietną panną, Kathleen wyszła za niejakiego Alberta Gampa i ma córkę Quentinę, młoda uczy się w Hogwarcie, pewnie w Slytherinie, na czwartym roku, podstępnie wypytam o to jeszcze Minerwę, tylko złość po wizycie tej Navarro jej przejdzie. Tu wszystko się  zgadza. Problem jest z Gertrude, najmłodszą. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim urodziła córkę, chyba nazwała ją Samanta Debora, a potem słuch o niej zaginął, nic nie wiadomo też o ojcu dziecka…
- Nie wiem dlaczego cię to tak bardzo interesuje, ale w „Średniowiecznych rodach czarodziejskich” na pewno tej informacji nie znajdziesz. – Aurora podeszła bliżej i zatrzasnęła leżącą przed Mortycją księgę. Sytuacja coraz bardziej ją irytowała, a czas uciekał. – Najlepiej zapytaj o to Raquelę Lestrange, mamy z nią zajęcia, jest w Slytherinie.
- A co jeśli to dziecko umarło? Będzie jej przykro.
- A od kiedy ty jesteś taka delikatna? Nie chcesz z nią rozmawiać, bo jest Ślizgonką. – Aurora nie dała się nabrać. – Ewentualnie możesz podpytać Syriusza.
- Zapytaj Jamesa, niech on go wypyta.
- Nie.
- Przypominam ci, że ta Skeeter też w tym grzebie – Mortycja pospiesznie wyciągała kolejne argumenty. – Mam ci też przypomnieć, która to? Nie przeżyję, jeśli dowie się tego pierwsza!
- Jakoś mało mnie to interesuje. Teraz ci z tym nie pomogę – skwitowała ten wybuch Aurora. Schyliła się i podniosła z podłogi kartkę, zapisaną własnym pismem. – Idę do klasy eliksirów. Dopiero co napisałam za ciebie pracę na obronę przed czarną magią i mogłabyś ją chociaż przepisać. Jak będziesz miała za dużo wolnego czasu, to potem możesz zrobić wykres nieba dla Claviusa – dodała.
- Sama to zrób.
- Ja swój już zrobiłam. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale nie mam zamiaru odwalać za ciebie całej roboty!
Położyła kartkę na łóżku z takim impetem, że aż zaskrzypiały sprężyny i nie czekając na reakcję wyszła z dormitorium trzęsąc się cała ze złości.

Kategoria: brak kategorii
tagi:





SZKLANA KULA


Kolejny rozdział Aurory pojawi się:

13 SIERPNIA 2012

Wszystkie osoby, które pragną zostać o nim poinformowane zachęcam do wpisywania się do księgi gości lub komentowania poprzednich wpisów.


ROZDZIAŁY



1. Będzie dobrze
2. Listy
3. Szpital
4. Szkolne zakupy
5. James Potter
6. Wybuchowe urodziny
7. Kufrowa niespodzianka
8. Uczta powitalna
9. Doniesienia Proroka
10. Hogwart od kuchni
11. Loty i upadki
12. Noc Duchów
13. Wiedźmia rozgrywka
14. Rodzinne sentymenty
15. Teatr
16. Święta w Llangefni
17. Lasy Burcham Beeches
18. Reszta jest milczeniem
19. Jeden dzień
20. Pogłoski
21. Rozmowa przy kawie
22. Butna amazonka
23. Blackowie
24. Łuski, miotły i hańba
25. Między różdżką a kociołkiem


SPONSORZY





Tiara Czarodzieja




Szablony, avatary...

DYSKUSJA




POLECANI

Tiara Czarodzieja





ZADECYDUJ O DALSZYCH LOSACH AURORY


Z kim, w późniejszych latach, powinna spotykać się Aurora:
Remus Lupin
Syriusz Black
Gildeory Lockhart
Peter Pettigrew
Trevor MacFusty
Severus Snape
Davy Gudgeon

Czy chciałbyś poznać przygody Aurory na drugim roku nauki w Hogwarcie?
TAK
NIE
Wszystko mi jedno

Opowiadania HP
Orla Black
Syriusz Black
Samanta Lestrange
Rita Skeeter
Gilderoy Lockhart
Monika Dursley
Bellatrix Black
Flavia Labollay
Anastasia Labollay
Laura Sylvanus
Gracia Dumbledore
Cordelia Malfoy
Mortycja McGonagall

Ocenialnie
Azkaban Will Eat You
SUM
Oceniam Wyobraźnię
Felix Felicis
Ława Przysięgłych
Kompania Ocenowa
Q-Py-Blok
Martwa Strefa
Oceniam
Niecodziennie
PWN
Krytyka Literacka
Jimmy Ocenia
Oceny Opowiadań
Potterowskie Oceny
Narcissism
Orto-Nazi
Żar Ocen
Talking About
Profesjonalne Oceny Blogów
Era Krytyki

Top Listy
Tiara Czarodzieja
Strony o Harrym Potterze
TopLista Syriusza Blacka
Pottersite
RPG i Fantasy
Bastion Fantasy
Magiczne Dziewczyny
Potterowskie FF
Opowiadania Fantasy

Czytelnia
Elfka Mortycja
Narcyza Malfoy
Myśli Severusa
Charlie Dawson
Carrie Eelyop
Amon Carter
Monica Verne